50 odcieni Boya, czyli o tłumaczeniu erotyki

Na Literatki.com ukazał się mój tekst o tłumaczeniu erotyki. Przekłady Boya to było przedsięwzięcie emancypacyjne,  pokazujące kobietę jako istotę wolną i zdolną do rozporządzania swoim ciałem. Literacje-Boy-597x1024Dzisiejsze powieści erotyczne (np. 50 twarzy Graya) i ich przekłady mają tylko pozory wyzwalania kobiecej seksualności, podczas gdy tak naprawdę powtarzają tylko bajkę o Kopciuszki i Królewiczu w bardziej „seksownej” oprawie. I ja zetknęłam się z problemem jak tłumaczyć bardziej „pieprzne” słówka na język polski…

Zapraszam do lektury tekstu w „Literacjach” i tutaj.

Reklamy

Tłumacz wychodzi z szafy – Gościnność słowa

“Nic nie zrozumiałem z wywodów filozofa, ale to nie jego wina (przecież jest geniuszem) ani nie moja (też nie jestem głupi) – to wszystko wina tłumacza”. Taki wykręt był od zawsze popularny w kręgach intelektualnych, lecz w ostatnich latach, wraz ze wzrostem znajomości języków obcych w Polsce, krąg osób skorych do oceniania jakości przekładów znacząco się powiększył. Często mówimy, że coś zostało zagubione w przekładzie lub jest sztywno przetłumaczone. Zdarza się, że cała sala w kinie wybucha śmiechem, gdy napisy zawierają bardzo złagodzoną wersję dosadnych słów, które publiczność doskonale rozumie. Problem polega na tym, że choć tak skwapliwie krytykujemy, często nie umiemy powiedzieć na czym dokładnie polega rzekoma nieudolność tłumacza, a tym bardziej – zaproponować lepszej wersji przekładu.

Więcej o „Gościnności słowa” Jerzego Jarniewicza na portalu xiegarnia.pl: http://xiegarnia.pl/recenzje/tlumacz-wychodzi-z-szafy/

Odchodzą poligloci…

Ostatnio porządkując bibliotekę dziadka znalazłam książeczkę pt. „Jak nauczyłem się sześciu języków” Zygmunta Broniarka. Jako osoba nieustannie będąca na etapie uczenia się, nauczania, zapominania, przypominania i odświeżania języków obcych nie mogłam odmówić sobie jej lektury. Refleksja ogólna jest następująca: książeczka jest całkiem nieaktualna. A przez to bardzo ciekawa.

Techniki uczenia się języków obcych w ciągu ostatniego półwiecza przeszły taką ewolucję, że właściwie trudno zrozumieć, że jeszcze nasi rodzice uczyli się tak archaicznymi (i, jak wiadomo dziś, mało skutecznymi) metodami. Uczenie się niemal na pamięć Opowieści Wigilijnej, wkuwanie monotonnych zdań w rodzaju: kot jest na stole, co jest na stole?, gdzie jest kot?, skomplikowane germańskie metody oparte na wykonywaniu ośmiu „operacji tłumaczeniowych” na jednym zdaniu – słowem katorga. Tym większy respekt budzi sukces autora, któremu bez głębokiej medytacji, metody Callana, dostępu do YouTube i Skypa, oraz innych wynalazków udało się nauczyć sześciu języków (w porywach do 8 – wydanie z 1991 podniosło stawkę zawartą w tytule o 2). Ta książeczka to właściwie podróż do prehistorii uczenia się języków obcych, o tyle interesująca, że ta prehistoria była chwilę temu. Jeszcze jedno, dwa pokolenia temu ludzie uczyli się języków jak Egipcjanie skrobiący na tabliczkach – wszystko na pamięć. Teraz stawiamy na komunikację, na ogóle zrozumienie, na przyjemność z nauki i własnego rozwoju. Mamy wielkiego fuksa – korzystajmy z tego.

Przeczytawszy książeczkę weszłam na wpis o Zygmuncie Broniarku na Wikipedii. Okazało się, że dziennikarz i poliglota zmarł 16 marca tego roku. I cóż z tych języków, z tej nauki, z tego pisania?

Chyba tylko ulotna przyjemność wyrażania siebie i parę tekstów które zostaną i które ktoś czasem przeczyta.