Odchodzą poligloci…

Ostatnio porządkując bibliotekę dziadka znalazłam książeczkę pt. „Jak nauczyłem się sześciu języków” Zygmunta Broniarka. Jako osoba nieustannie będąca na etapie uczenia się, nauczania, zapominania, przypominania i odświeżania języków obcych nie mogłam odmówić sobie jej lektury. Refleksja ogólna jest następująca: książeczka jest całkiem nieaktualna. A przez to bardzo ciekawa.

Techniki uczenia się języków obcych w ciągu ostatniego półwiecza przeszły taką ewolucję, że właściwie trudno zrozumieć, że jeszcze nasi rodzice uczyli się tak archaicznymi (i, jak wiadomo dziś, mało skutecznymi) metodami. Uczenie się niemal na pamięć Opowieści Wigilijnej, wkuwanie monotonnych zdań w rodzaju: kot jest na stole, co jest na stole?, gdzie jest kot?, skomplikowane germańskie metody oparte na wykonywaniu ośmiu „operacji tłumaczeniowych” na jednym zdaniu – słowem katorga. Tym większy respekt budzi sukces autora, któremu bez głębokiej medytacji, metody Callana, dostępu do YouTube i Skypa, oraz innych wynalazków udało się nauczyć sześciu języków (w porywach do 8 – wydanie z 1991 podniosło stawkę zawartą w tytule o 2). Ta książeczka to właściwie podróż do prehistorii uczenia się języków obcych, o tyle interesująca, że ta prehistoria była chwilę temu. Jeszcze jedno, dwa pokolenia temu ludzie uczyli się języków jak Egipcjanie skrobiący na tabliczkach – wszystko na pamięć. Teraz stawiamy na komunikację, na ogóle zrozumienie, na przyjemność z nauki i własnego rozwoju. Mamy wielkiego fuksa – korzystajmy z tego.

Przeczytawszy książeczkę weszłam na wpis o Zygmuncie Broniarku na Wikipedii. Okazało się, że dziennikarz i poliglota zmarł 16 marca tego roku. I cóż z tych języków, z tej nauki, z tego pisania?

Chyba tylko ulotna przyjemność wyrażania siebie i parę tekstów które zostaną i które ktoś czasem przeczyta.

Reklamy