Pimpin’ cool, sweet, chulo, zaje….

Wczoraj przy winie i tarcie dyskutowaliśmy w uczonym gronie filologów o tym, jak po polsku wyrazić fajność. Już sam wyraz „fajny” jest zapożyczony z niemieckiego, a poza tym nie jest już aż tak fajny. Nie wiem jak teraz mówi młodzież (o matko, czyżbym przestała być młodzieżą? chyba nie bo jak zaplotę warkoczyk to wciąż proszą mnie o dowód w dziale alkoholowym), ale stwierdziliśmy, że brakuje po polsku odpowiednika wyrazu „cute”. Infantylny, kojarzący się z hello kitty i animowanymi awatarami, ale jednak czasem chce się go użyć. Akceptowalny jest rzeczownik „słodziak” ale jak utwórzyć przymiotnik? Byle nie sweetaśny.

Te rozważania zawiodły nas na jeszcze wyższy poziom fajności. Skojarzyliśmy, że po hiszpańsku i po angielsku najbardziej pochlebne określenia nawiązują do mało zaszczytnej profesji alfonsa. Hiszpanie wszystko co jest świetne, modne i oryginalne nazywają „chulo” (patrz w urban dictionary), Amerykanie zaś mówią „that’s pimpin’ cool, man” (urban dictionary). A więc alfons byłby najbardziej wylansowaną osobą w mieście, synonimem fajności. To chyba nie u nas.

Zostaje nam więc stare dobre, osłuchane „zajebiste”.

Reklamy