Języki prywatne w związkach

Czytałam ostatnio tekst (wybiór zdań z wywiadów, właściwie trudno określić formę – postmodernizm) dotyczący małżeństw polsko-nigeryjskich (w: Marta Konarzewska, „Zakazane miłości” – nawyk zawodowy). Uderzyło mnie zdanie jednej z Polek, żony Nigeryjczyka, że małżeństwa mieszane, międzykulturowe, międzyjęzykowe, a raczej, jak się okazuje bezjęzykowe, często posługują się między sobą specyficznym idiomem. Ponieważ Afrykanom jest trudno nauczyć się polskiego, zwykle kończy się na tym, że rozmawiają z żonami po angielsku. Problem polega na tym, że jest to specyficzny angielski, często nieco niegramatyczny, albo alter-gramatyczny a w każdym razie inny niż ten, którego wymaga się na egzaminach British Council. Do tego dochodzą specyficzne słówka polskie na nazwanie tutejszej rzeczywistości: pierogi, odśnieżarka, kac – takie przykłady mi przyszły do głowy. W ten sposób powstaje pewien dialekt między dwoma osobami, czasem wręcz niezrozumiały dla innych. A więc mikrojęzyk?

Właściwie wszystkie pary mają swoję idiomy, podobnie grupy przyjaciół, rodziny… Ostatnio miałam z Najlepszym z Filologów taką rozkminę filologiczną:

Ja: (zaspana): a właściwie jak jest po włosku bonhomme?

On: Pupazzo?

Ja: Co?

On: Bonhomme de neige?

Smiałam się prawie do bólu brzucha, a chyba większość osób by nie zrozumiała w czym tkwi dowcip…

I jeszcze ta myśl: że może do stworzenia języka, dialektu, idiomu wystarczy jedna osoba, że każdy z nas ma swój własny „słownik finalny” i nie jesteśmy do końca w stanie się nawzajem zrozumieć? Jak w bibliotece Borgesa. Ależ  dziś ze mnie liberalna ironistka 🙂

A jeśli każdy z nas mówi swoim językiem, to znaczy że tłumaczeniom nie ma końca… Przekład za przekładem, symultanki, konsekutywki, a vista i te techniczne, bo z czegoś przecież trzeba żyć.

Reklamy