Ostatni tekst Samuela Becketta

Dzisiaj jestem w nastroju buńczucznym i będę się porównywać z najlepszymi. A co!

„What is the word” to ostatni tekst (wiersz?) napisany przez Samuela Becketta. Stworzył go pod wpływem epizodu afazji, czyli zaburzenia w wyniku którego traci się umiejętność łączenia słów z przedmiotami. Jakie to uczucie dla kogoś, kto całe życie znajdował słowa, i to słowa genialne? Nawet na opisanie tego, co nieopisane… Ten tekst jest dla mnie zapisem poszukiwania słów najprostszych i całkowitej wobec nich bezradności.

Tekst powstał po angielsku i po francusku. Przetłumaczyłam go kilka lat temu, korzystając z obu wersji językowych, na warsztaty z Antonim Liberą na Uniwersytecie Warszawskim. Poniżej zamieszczam swój przekład, oraz tłumaczenie Antoniego Libery (do którego nie mam żadnych praw, bien sur – ale ktoś kiedyś powiedział: trzeba być idiotą, żeby nie korzystać z tego, co nas inspiruje).

Czytelników przepraszam za formę graficzną – jeszcze nie znalazłam na WordPress optymalnej metody prezentowania koło siebie dwóch tekstów. 
samuel_beckett_quote_3
Zrzut ekranu 2014-02-24 (godz. 22.33.59)Zrzut ekranu 2014-02-24 (godz. 22.24.19)

Zrzut ekranu 2014-02-25 (godz. 10.20.35)Zrzut ekranu 2014-02-25 (godz. 10.24.01)

Na koniec jeszcze rekomendacja książkowa. Wszystkim, którzy interesują się Beckettem albo po prostu tłumaczeniem, polecam książkę Antoniego Libery „Godot i jego cień”. Dla mnie lepsze niż „Madame”:)
Reklamy

Cyniczne zapiski o 11 września

r,id,d14yMTQ7dV5odHRwOi8vZ2V0LTIud3BhcGkud3AucGwvJTNGYSUzRDY1NDk1NjkzJTI2ZiUzRDAwLzAwLzg1LzAwMDA4NTRGX29yaWdpbmFsXzhEMkNCNkI0MzE3RDc2N0YuanBnO3FeMC45O3ReanBnO3Nea3NpYXpraTtmdF4x

Przyznaję, jestem wstrętną, powierzchowną seksistką i twórczością Frederica Beigbedera zainteresowałam się głównie pod wrażeniem jego zdjęcia bez koszulki (przeczuwam, że nie miałby nic przeciwko).

W niedawnym wywiadzie z Pasikowski powiedział, że chciałby nakręcić film o ostatnich dwóch godzinach World Trade Center – od momentu, w którym  samolot wleciał w pierwszą wieżę, aż do chwili, gdy budynki runęły. Nie jego pierwszego fascynuje ten temat – traktuje o nim także powieść  „Windows on the World” Beigbedera.

Książka, której akcja rozgrywa się w ekskluzywnej restauracji znajdującej się na ostatnim piętrze jednej z wież opowiada o sprawach niesamowicie delikatnych (po francusku wyszła w dwa lata po zamachu kiedy emocje były jeszcze żywe) i to bez silenia się na poprawność polityczną. Będą więc sceny obrzydliwe (spływające po oknie serce), kontrowersyjne (seks w ruinach), rozdzierające (ojciec przekonujący dzieci, że to tylko zabawa w ewakuację, która rychło się skończy). Fakt, że od początku wiemy, że wszyscy bohaterowie najdalej za dwie godziny zginą nadaje wszystkim ich słowom i działaniom upiornego charakteru. Choć akcja książki, podzielonej na kolejne minuty (na marginesie – dobrze się czyta w autobusie) trwa tyle co hollywoodzki film – dwie godziny, to nie ma tu nic z jego patosu i krzepiącej siły. Jest przerażająca zwyczajność – wyrzuty sumienia,  strach, fizjologia.

Opowieść o WTC przeplata się z historią autora, cynicznego playboya, którego też spotkała katastrofa w postaci beigbeder-galeries-lafayettes2zerwania z dziewczyną. Z dość ryzykownej próby skontrastowania dramatu ofiar zamachu terrorystycznego i melancholii zapatrzonego w siebie intelektualisty (w tej roli sam F.B.) autor wyszedł jednak zwycięsko. Nie ma przecież żadnego powodu dla którego nad katastrofą mieliby pochylać się tylko ludzie bez skazy, tak samo jak nie tylko osoby bez skazy w niej zginęły. Narrator utożsamia się z ofiarami, bo sam mógł być na ich miejscu – nie dlatego, że kiedyś bywał w WTC, ale dlatego, że wychował się w tej samej cywilizacji. Jest tak samo egocentryczny, skupiony na pieniądzach, sławie i seksie jak ludzie, którzy pracują w nowojorskim centrum finansowym. A prócz tego jest świetnym pisarzem. Gdybym miała wnioskować tylko po powieści „Windows on the World” – wybitnym.

Na szczęście, google images pokazuje, że z wiekiem trochę zbrzydł. Jest jednak sprawiedliwość na tym świecie.

Przekąska na (nowy) początek.

Kiedy tłumaczyłam różnych poważnych jajogłowych panów nikt nie chciał słuchać o moich tłumaczeniowych rozterkach. Teraz natomiast, kiedy tłumaczę frywolne i bezwstydne panie, grono dobrowolnych korektorów i recenzentów się nieco powiększyło.  Połączyłam więc linkiem mojego antycznego bloga z moim dogorywającym fejsem i oto otwiera się okno na świat dylematów nisko-literackich.

Na początek: Rozterka ze sceną z romansu o lekkim posmaku sado-maso

Jest sobie świeżo upieczona sado-maso parka, która właśnie zawarła kontrakt, odpowiednik staroświeckiego małżeństwa – on przyjmuje obowiązki Pana a ona Niewolnicy (hmm.. to w ogóle nie jest tak dalekie od staroświeckiego małżeństwa). Ten kontrakt zwie się w oryginale engagement. I kiedy szczęśliwy Pan przedstawia na rodzinnym spotkaniu swoją równie szczęśliwą narzeczoną mówi: nous sommes… engagés a więc: „jesteśmy w związku”, ale też „podpisaliśmy kontrakt”.

images-1

Jak to napisać po polsku? Wraz z Najlepszym z Tłumaczy mamy pewien pomysł, ale…

Piękne vs. wierne. Kolejne starcie

Motto tego bloga głosi: „piekne niewierne. czasami”. Nawet jesli tylko czasami, to jednak mowi to wiele o moim podejsciu do przekładu. Zawsze opowiadalam sie po stronie biednych, krytykowanych i wysmiewanych pieknych tłumaczeń. Nawet jeśli Nietzsche w młodopolskich przekładach nie ma wiele wspólnego z oryginalnym, cóż z tego? I tak wszyscy (poza grupka jajogłowych nudziarzy) preferują te poetyckie, kwieciste teksty od nużących i ciężkich wiernych tłumaczeń.

Kiedy tylko zaczęłam tłumaczyć, ochoczo przystałam do frakcji „niewiernych”. Poniewaz przeklady artykułów filozoficznych rzadko ktos porownuje z oryginalem (a mowiac calkiem szczerze – malo kto w ogole je czyta) bylam z siebie bardzo zadowolona. Ba! uwazalam nawet ze moje tlumaczenia, w których zdarzyło mi się wyrzucić to i owo zbędne słowo, czy ze względów stylistycznych rozdzielić czy połączyć zdania, czyta się lepiej od oryginału!

Jakże zmieniło się moje spojrzenie na sprawę wierności tłumacza po pewnym popołudniu spędzonym w bibliotece na lokalizowaniu cytatów! Otóż przyszło mi odnajdywać cytaty z pewnego niemieckiego filozofa w polskim przekładzie jego dziel. Problem polegał na tym, ze ja owe cytaty znałam jedynie po francusku (języku z którego tłumaczyłam tekst). Książka na kartach której ukrywał się poszukiwany cytat miała ponad 700 stron. Ale… udało się! A to wszystko dzięki skrupulatności tłumacza, ktory przełożył tekst dosc doslownie, na tyle, ze bylam w stanie odnalezc cala fraze (przelozona calkiem bez polotu, nieelegancko, ale jak wiernie – dziękuje Ci tlumaczu!) a nastepnie cale, niepodzielone, niepolaczone, niezmienione zdanie.

Tak to, na własnej skórze przekonałam się, ze wierność popłaca. Często jednak z cnotami bywa tak, ze chwalimy je u innych, a nie pielęgnujemy ich u siebie…

Najtrudniej powiedzieć rzeczy najprostsze…

Wiele osób uczących się języków obcych miało to doświadczenie: wydaje nam się, że znamy dany język na wysokim poziomie, jesteśmy w stanie czytać, wiele zrozumieć, wypowiedzieć się na trudne nieraz tematy, może nawet zaczynamy tłumaczyć i nagle… Próbujemy powiedzieć coś bardzo prostego, niemal banalnego i brakuje nam słów. Często właśnie codzienne wyrażenia w rodzaju „daj spokój”, „szkoda czasu”, „głowa do góry” itd. sprawiają większą trudność niż wielozdaniowa wypowiedź o kondycji polityki. O ile dyskurs naukowy ma swoją strukturę, która często jest identyczna w wielu językach, o tyle te niewielkie powiedzonka rządą się swoimi prawami: często są to idiomy, lub utarte powiedzenia, które, jeśli dobrze się zastanowić, bywają wręcz agramatyczne.

A oto przykład. Znajomy Francuz, który uczy się polskiego (tak! coraz więcej cudzoziemców podejmuje się tego karkołomnego zadania) po ostatnim przegranym przez Polskę meczu wysłał mi smsa o treści: jestem teraz smutny dla Polski. Ewidentnie jest to błąd i kalka z j. francuskiego (je suis triste pour la Pologne). Ale jak go poprawić? Powiedzielibyśmy: jest mi smutno z powodu Polski, a właściwie: jest mi smutno z powodu przegranej Polski. To długaśne wyrażenie, wraz z objaśnieniem uroczej dwuznaczoności zawartej w ostatnich dwóch słowach (przegana Polski – przegrana Polska) nie zmieściłoby się ani w smsie ani w pojęciu nawet nieprzeciętnie uzdolnionego językowo Francuza. Stąd, po krótkim namyśle, potwierdziłam, że zdanie jest poprawne (à peu près). Liczy się przede wszystkim intencja i komunikacja, czyż nie?

Oryginalna kopia – rekomendacja filmowa dla tłumaczy

Z reguły nie zdarza mi się polecać filmów, które są przeraźliwie nudne, ale tym razem jestem zmuszona zrobić wyjąt. „Certified copy”, przetłumaczony na polski jako „Zapiski z Toskanii” (czy słyszał ktoś kiedyś bardziej banCopie conformealny tytuł?) ma kilka zalet: gra w nim Juliet Binoche, dzieje się w Toskanii (piękne zdjęcia) i jest o pisarzu (to zaleta dla mnie, ale dla większości osób zapowiedź śmiertelnej nudy). Warstwa estetyczna filmu dostarcza wiele przyjemności – wyjątkowo udane są kadry z powtarzającym się motywem odbicia- w szybie, w oknie, w lustrze. To jednak nie wystarczy aby film, ogólnie przegadany i przeintelektualizowany, był wart obejrzenia.

„Copie conforme” będzie jednak niezwykle interesujące dla filologów (szczególnie romanistów, italianistów) tłumaczy i osób zainteresowanych translatoryką. Bohaterowie mówią aż trzema językami (angielskim, włoskim i francuskim) i warstwa formalna jest właściwie równie ważna co treść wypowiedzi. Zaczyna się od tego, że pewien angielski pisarz i francuska kolekcjonerka sztuki wybierają się na wycieczkę pod miasto. Rozmawiają, a raczej dyskutują, po angielsku – a więc od początku on ma przewagę. On jednak nie mówi po włosku w przeciwieństwie do swojej towarzyszki, stąd to ona jest łącznikiem ze światem zewnętrznym… To ona rozmawiając z właścicielką kawiarni sprzedaje wersję, według której są od wielu lat małżeństwem (w istocie poznali się tego samego dnia). Później akcja toczy się jeszcze w języku francuskim, i okazuje się, że to ona ma przewagę.

Urocze są sceny, w których w wirze dyskusji któreś z nich robi błąd, przekreślając niejako sens całej swojej wypowiedzi, odbierając jej powagę. Druga strona wykorzystuje to natychmiast.

Ona mówi: What did I wanted to say?

On: Yes, what did you wanted to say?

Krótko mówiąc, jest to film o władzy jaką niesie ze sobą język – o władzy przekazywania swojej wizji siebie i świata, forsowania swoich poglądów i ustalania swojej (dominującej) pozycji. Morał: uczmy się języków, nigdy nie wiadomo kiedy się przydadzą by kogoś przegadać.

Oglądałam film bez napisów, ale swoją drogą jestem ciekawa jak sobie poradził tłumacz.

Strona filmu w filmwebie: http://www.filmweb.pl/film/Zapiski+z+Toskanii-2010-459763

Putin czy Poutine? (o tłumaczeniu nazwisk)

Ciekawostka z okazji niedawnych wyborów prezydenckich w Rosji. Nie wszyscy wiedzą, a dla mnie było to sporym zaskoczeniem, że transkrypcja nazwiska rosyjskiego (wciaż) prezydenta jest odmienna w j. francuskim, niż w pozostałych językach europejskich. U Francuzów mianowicie Putin zmienił się w Poutine’a. Jakie są powody tej zmiany? Odpowiedź jest banalnie prosta, wystarczy zajrzeć do słownika j. francuskiego.

Inna transkrypcja z j. rosyjskiego, która mnie rozbawiła: Czechow, którego nazwisko w j. hiszpańskim wygląda następująco: Antón Chéjov.

Bisous.