Piękne vs. wierne. Kolejne starcie

Motto tego bloga głosi: „piekne niewierne. czasami”. Nawet jesli tylko czasami, to jednak mowi to wiele o moim podejsciu do przekładu. Zawsze opowiadalam sie po stronie biednych, krytykowanych i wysmiewanych pieknych tłumaczeń. Nawet jeśli Nietzsche w młodopolskich przekładach nie ma wiele wspólnego z oryginalnym, cóż z tego? I tak wszyscy (poza grupka jajogłowych nudziarzy) preferują te poetyckie, kwieciste teksty od nużących i ciężkich wiernych tłumaczeń.

Kiedy tylko zaczęłam tłumaczyć, ochoczo przystałam do frakcji „niewiernych”. Poniewaz przeklady artykułów filozoficznych rzadko ktos porownuje z oryginalem (a mowiac calkiem szczerze – malo kto w ogole je czyta) bylam z siebie bardzo zadowolona. Ba! uwazalam nawet ze moje tlumaczenia, w których zdarzyło mi się wyrzucić to i owo zbędne słowo, czy ze względów stylistycznych rozdzielić czy połączyć zdania, czyta się lepiej od oryginału!

Jakże zmieniło się moje spojrzenie na sprawę wierności tłumacza po pewnym popołudniu spędzonym w bibliotece na lokalizowaniu cytatów! Otóż przyszło mi odnajdywać cytaty z pewnego niemieckiego filozofa w polskim przekładzie jego dziel. Problem polegał na tym, ze ja owe cytaty znałam jedynie po francusku (języku z którego tłumaczyłam tekst). Książka na kartach której ukrywał się poszukiwany cytat miała ponad 700 stron. Ale… udało się! A to wszystko dzięki skrupulatności tłumacza, ktory przełożył tekst dosc doslownie, na tyle, ze bylam w stanie odnalezc cala fraze (przelozona calkiem bez polotu, nieelegancko, ale jak wiernie – dziękuje Ci tlumaczu!) a nastepnie cale, niepodzielone, niepolaczone, niezmienione zdanie.

Tak to, na własnej skórze przekonałam się, ze wierność popłaca. Często jednak z cnotami bywa tak, ze chwalimy je u innych, a nie pielęgnujemy ich u siebie…

Reklamy

Przypowieść o filozofie i garnku

Dziś nie o przekładzie, ale o przykładzie.

„Co będziesz robić po filozofii?” – to pytanie jest zmorą wszystkich ludzi studiujących ten kierunek. Z początku próbujemy jeszcze udzielać jakichś odpowiedzi, które satysfakcjonowałyby stroskanych o naszą przyszłość rozmówców, za stroną internetową wydziału wymieniamy dziedziny, w których możemy się sprawdzić i umiejętności, które nabyliśmy. Podajemy przykłady absolwentów filozofii, którzy osiągnęli sukces (materialny – bo przecież o tym myśli większośc osób zadających powyższe pytanie). Potem nam się odechciewa: odpowiadamy żartem albo kończymy rozmowę. Zadawanie tak banalnego pytania i tak skreśla rozmówcę w oczach adepta filozofii, więc po co kontynuować tę mękę (pytający wysila się żeby ukryć litość, filozof tej litości nie potrzebuje, ale nie chce mu się już tego po raz kolejny tłumaczyć).

Ostatnio byłam w podobnej sytuacji. Ja- filozof, rozmówca – młody filmowiec. Wytłumaczyłam mu jakie uczucie budzi u absolwentów najlepszego z kierunków zadane przez niego pytanie, a on opowiedział mi wspaniałą opowieść z dzieciństwa (fakt autentyczny, jak to mówią).

Przypowieść o filozofie i garnku

Podczas zajęć w podstawówce pewien chłopiec zadawał za dużo pytań, co niekiedy stawiało nauczycielkę w kłopotliwej sytuacji (szczególnie wtedy, gdy nie mogła znaleźć na te pytania satysfakcjonującej odpowiedzi). W końcu powiedziała do chłopca: „przestań tyle myśleć, bo zostaniesz filozofem i nie będziesz miał co do garnka włożyć”. Na to on odpowiedział: „proszę tak nie mówić, mój tata jest filozofem”.

Mam wrażenie, że profesja taty nie pozostała bez wpływu na postawę tego chłopca. Mało które dziecko jest w stanie przeciwstawić się autorytetowi, jakim jest w tym wieku nauczycielka. To może nie najważniejszy powód, żeby studiować filozofię, ale według mnie istotny: żeby mieć co odpowiedzieć dzieciom, kiedy zadają trudne pytania.