Jak zostać tłumaczką literatury

Swego czasu, gdy postanowiłam związać swoje życie zawodowe ze słowami, spędziłam trochę czasu przeglądając w internecie wpisy poświęcone profesji tłumacza. Większość informacji dotyczyła pracy tłumacza przysięgłego i kabinowego (co nie dziwi – finansowo obie opcje są bardziej atrakcyjne niż przekład literacki). Ostatecznie wielu rzeczy musiałam nauczyć się sama i odkryć je w praktyce. Po paru latach mam na koncie dziewięć książek przetłumaczonych z dwóch języków, a do tego sporo artykułów i różnych doświadczeń pogranicznych (tłumaczenie pomocy naukowych, przygotowanie napisów do filmów, parę napisanych artykułów z zakresu przekładoznawstwa, kilka przeprowadzonych wywiadów z tłumaczami). Nie jestem z pewnością mocno umocowana na rynku, ale udało mi się wstawić nogę w drzwi. Inna sprawa, że teraz zajęłam się sprawami akademickimi i od tłumaczenia mam przerwę…

Tym niemniej chciałam podzielić się garścią subiektywnych uwag i porad dla kogoś, kto bierze pod uwagę karierę tłumaczki.

Czytaj dalej

Reklamy

Użyj słownik elektroniczny (dla podróży zagranicznej)

Wracając dziś z polowania na książkowe nowości zobaczyliśmy z P. fantastyczną reklamę. Zaintrygowała mnie w kontekście profesjonalnym, zachęcała mianowicie do kupna elektronicznego słownika. Urządzenie to zastępuje znajomość języków obcych. Hasło reklamowe, umieszczone obok dość wstrętnego wizerunku mężczyzny o suwakowych ustach, głosi: „Nie mówisz po angielsku? Mów po polsku!” Prosta i genialna rada, od lat stosowana intuicyjnie przez naszych rodaków, wyznających zasadę, że wystarczy powiedzieć coś głośno, powoli i wyrażnie po polsku, by zrozumiał to tak Węgier jak Rumun i Grek. Teraz jednak elektroniczy słownik dodatkowo przetłumaczy wypowiedź na nowe esperanto zwane inglisz.

Po dokładniejszym zbadaniu baneru reklamowego naszły mnie jednak wątpliwości co do jakości owego tłumaczenia. Czyżby reklamę przełożono z jakiejś obcej mowy przy pomocy reklamowanego gadżetu? Hasło w żółtym dymku głosi „Użyj słownik elektroniczy”. Lista zastosowań obejmuje „dla podróży zagranicznej”, opis dumnie głosi, że urządzenie zawiera „przenośną Bibliotekę”. Wielka litera sygnalizuje zapewne szacunek do słowa pisanego. Szkoda, że nie znalazł on swojego zastosowania w redakcji i korekcie tekstu reklamowego. Poważnie, czy nie można było zapłacić kilkadziesiąt złotych za to, żeby tekst przejrzał jakiś polonista? Albo ktokolwiek władający polską mową?

Image

Oryginalna kopia – rekomendacja filmowa dla tłumaczy

Z reguły nie zdarza mi się polecać filmów, które są przeraźliwie nudne, ale tym razem jestem zmuszona zrobić wyjąt. „Certified copy”, przetłumaczony na polski jako „Zapiski z Toskanii” (czy słyszał ktoś kiedyś bardziej banCopie conformealny tytuł?) ma kilka zalet: gra w nim Juliet Binoche, dzieje się w Toskanii (piękne zdjęcia) i jest o pisarzu (to zaleta dla mnie, ale dla większości osób zapowiedź śmiertelnej nudy). Warstwa estetyczna filmu dostarcza wiele przyjemności – wyjątkowo udane są kadry z powtarzającym się motywem odbicia- w szybie, w oknie, w lustrze. To jednak nie wystarczy aby film, ogólnie przegadany i przeintelektualizowany, był wart obejrzenia.

„Copie conforme” będzie jednak niezwykle interesujące dla filologów (szczególnie romanistów, italianistów) tłumaczy i osób zainteresowanych translatoryką. Bohaterowie mówią aż trzema językami (angielskim, włoskim i francuskim) i warstwa formalna jest właściwie równie ważna co treść wypowiedzi. Zaczyna się od tego, że pewien angielski pisarz i francuska kolekcjonerka sztuki wybierają się na wycieczkę pod miasto. Rozmawiają, a raczej dyskutują, po angielsku – a więc od początku on ma przewagę. On jednak nie mówi po włosku w przeciwieństwie do swojej towarzyszki, stąd to ona jest łącznikiem ze światem zewnętrznym… To ona rozmawiając z właścicielką kawiarni sprzedaje wersję, według której są od wielu lat małżeństwem (w istocie poznali się tego samego dnia). Później akcja toczy się jeszcze w języku francuskim, i okazuje się, że to ona ma przewagę.

Urocze są sceny, w których w wirze dyskusji któreś z nich robi błąd, przekreślając niejako sens całej swojej wypowiedzi, odbierając jej powagę. Druga strona wykorzystuje to natychmiast.

Ona mówi: What did I wanted to say?

On: Yes, what did you wanted to say?

Krótko mówiąc, jest to film o władzy jaką niesie ze sobą język – o władzy przekazywania swojej wizji siebie i świata, forsowania swoich poglądów i ustalania swojej (dominującej) pozycji. Morał: uczmy się języków, nigdy nie wiadomo kiedy się przydadzą by kogoś przegadać.

Oglądałam film bez napisów, ale swoją drogą jestem ciekawa jak sobie poradził tłumacz.

Strona filmu w filmwebie: http://www.filmweb.pl/film/Zapiski+z+Toskanii-2010-459763

Pomidory typu pelati…

Dziś króciutka uwaga apropos tłumaczenia nazw włoskich potraw. Powoli odchodzi juz w niepamięć czas wszechobecnego kapuczino (tak! mam na potwierdzenie zdjęcia), spagetti, gnioków itd. Ach gdzieś są te czasy, kiedy na kampusie uniwersyteckim można było zamówić pizzę o wdzięcznej nazwie dormire (spać) albo sorella (siostra) lub też niepowtarzalna „melanzane” (czyli bakłażany, naturalnie bez wspomnianego warzywa). Wciaż jednak plenią się pewne błędy, które muszą razić italianistę, szczególnie wtedy, kiedy wygłaszają je tonem znawcy autorytety w dziedzinie kulinariów.

Gwoli wyjaśnienia (a pewnie dla wielu osób będzie to szok): prosciutto czyta się „prosziutto” a nie „proszcziutto” (za każdym razem mam dreszcze. Pomidory „typu pelati” (brzmi chic, prawda?) to nic innego jak pomidory obrane.

Całusy, tygrysy.