Ostatni tekst Samuela Becketta

Dzisiaj jestem w nastroju buńczucznym i będę się porównywać z najlepszymi. A co!

„What is the word” to ostatni tekst (wiersz?) napisany przez Samuela Becketta. Stworzył go pod wpływem epizodu afazji, czyli zaburzenia w wyniku którego traci się umiejętność łączenia słów z przedmiotami. Jakie to uczucie dla kogoś, kto całe życie znajdował słowa, i to słowa genialne? Nawet na opisanie tego, co nieopisane… Ten tekst jest dla mnie zapisem poszukiwania słów najprostszych i całkowitej wobec nich bezradności.

Tekst powstał po angielsku i po francusku. Przetłumaczyłam go kilka lat temu, korzystając z obu wersji językowych, na warsztaty z Antonim Liberą na Uniwersytecie Warszawskim. Poniżej zamieszczam swój przekład, oraz tłumaczenie Antoniego Libery (do którego nie mam żadnych praw, bien sur – ale ktoś kiedyś powiedział: trzeba być idiotą, żeby nie korzystać z tego, co nas inspiruje).

Czytelników przepraszam za formę graficzną – jeszcze nie znalazłam na WordPress optymalnej metody prezentowania koło siebie dwóch tekstów. 
samuel_beckett_quote_3
Zrzut ekranu 2014-02-24 (godz. 22.33.59)Zrzut ekranu 2014-02-24 (godz. 22.24.19)

Zrzut ekranu 2014-02-25 (godz. 10.20.35)Zrzut ekranu 2014-02-25 (godz. 10.24.01)

Na koniec jeszcze rekomendacja książkowa. Wszystkim, którzy interesują się Beckettem albo po prostu tłumaczeniem, polecam książkę Antoniego Libery „Godot i jego cień”. Dla mnie lepsze niż „Madame”:)
Reklamy

Libera: nie zawieść autora

Przekład ma krótki żywot. Wybitny tłumacz przelewa tusz i pot nad tłumaczeniem i nawet jeśli uda mu się stworzyć dobry przekład, który wejdzie do kanonu, będzie to triumf krótkotrwały. Język się zmienia i po pół wieku (najwyżej!) zaczyna drażnić czytelników (lub widzów w przypadku tekstu teatralnego), zaczyna ciążyć i przygniatać treść. Wtedy przychodzi czas na nowy przekład. I znowóż płyną tusz i pot. Każdy kolejny tłumacz ma jednak zadanie utrudnione, gdyż musi zmierzyć się ze swoimi poprzednikami. Często są to postaci wielkie, z którymi trudno stawać w szranki.

Tak jest w przypadku Antoniego Libery, tłumacza i znawcy twórczości Becketta, który podjął się zadania tłumaczenia „Fedry” Racine’a, której poprzedni przekład wykonał Boy-Żeleński. Libera przekłada także Szekspira, a w tym wypadku tłumaczy (czy też tłumaczeń) z którymi trzeba się zmierzyć jest nieraz jest więcej niż tuziz. Jednocześnie zawsze pozostaje dług wobec autora: jeżeli jest to twórca uznany, nie chcemy mu uchybić, jeśli początkujący, nie możemy go zawieść: jego kariera jest w naszych rękach.Miałam już okazję spotkać się z tym Antonim Liberą przy okazji warsztatów tłumaczeniowych na UW, stąd z chęcią posłuchałam wywiadu, którego udzielił w radiowej dwójce. Libera tłumaczy (no tak, tłumaczy) swoją teorię przekładu, opartą na dążeniu do prostoty, to maksymalnej zwięzłości, jezyka pozbawionego zbędnych ornamentów. Mówi także o roli tłumacza, o jego powołaniu, które nazywa „powinowactwem z wyboru”. Libera to nie tylko świetny tłumacz, ale też literaturoznawca, literat i autor świetnej autobiografii intelektualnej, zatytułowanej „Godot i jego cień” , która w dużej  mierze traktuje własnie o problemach i rozterkach tłumacza. Najbardziej podoba mi się u Antoniego Libery (poza dźwiękiem jego imienia i nazwiskia) to, że łączy w sobie niesamowitą skrupulatność, opartą na wiedzy (szczególnie widać to na przykładzie tłumaczeń Becketta, gdzie wszystko: liczba wyrazów, sylab nawet liter ma określone znaczenie) z artystycznym polotem. W wywiadzie jest też mowa o nieprzetłumaczonych wierszach Becketta, które być może są nieprzetłumaczalne, o spotkaniu Libery z Beckettem, o tym co pozostało jeszcze do spolszczenia. Krótko mówiąc: wywiadu warto posłuchać, a można to uczynić tu.

Ostatnio coraz częściej w mediach występują tłumacze. Niedawno w tok fm wystąpiła Joanna Ugniewska, italianistka, która opowiadała o tłumaczeniu „Wywiadu z historią” Oriany Fallaci (już same gabaryty mogą onieśmielać tłumacza), niesamowitą karierę robi Bartosz Wierzbięta, który fantastycznie spolszczył Shrecka, cytowałam już o wywiad z Danielem Wyszogrodzkim, doskonałym tłumaczem piosenek („Jesteś mą siostrą” w Romie – koniecznie zobaczyć!) Chyba świadczy to o tym, że tłumacze wychodzą z cienia, dostrzega się ich jako przewodników po dziele, gdyż przcież to oni mają za sobą najbardziej dogłębną lekturę. Dla początkujących tłumaczy to doskonała możliwość uczenia się najlepszych: nie techniki, ale pasji.