Jestem zawsze głodna & napalona… poezja Eileen Myles

Nietzsche był dla mnie objawieniem. Czułem, że istnieje coś całkiem innego, niż to czego dotąd mnie uczono. Przeczytałem go z wielką pasją i zerwałem z moim dotychczasowym życiem, rzuciłem pracę w szpitalu psychiatrycznym, opuściłem Francję. Miałem uczucie, że jestem w pułapce. Nietzsche sprawił, że to wcześniejsze życie stało mi się obce.*

Idealiści mówią, że prawdziwa literatura powinna zmieniać życie. Chociaż nie jestem idealistką, to jedne z najcenniejszych momentów w życiu to dla mnie te, kiedy literatura, filozofia, sztuka otwierają mi oczy na coś nowego, sprawiając, że dostrzegam w świecie, w języku i w sobie coś, czego wcześniej nie widziałam.

Czytaj dalej

Reklamy

„Ameryka – mówi do mnie . Zrozumiałem.” Anegdota o tłumaczeniu z „amerykańskiego” na nasze.

Nauka najszybciej rozwija się w centrum – tam gdzie są duże ośrodki naukowe oraz inwestycje w badania i publikacje. Peryferiom pozostaje tylko obserwować, nadrabiać zaległości i kopiować już istniejące rozwiązania. Czy aby na pewno? I czy rozwiązania, które sprawdzają się w centrum, znajdą zastosowanie z dala od niego?

Dzisiejszy wpis dotyczący przekładania podręczników akademickich, a inspirowany jest obserwacjami SW (zbieżność inicjałów nazwiska nieprzypadkowa), który prowadzi zajęcia z marketingu w dobrej szkole biznesowej, położonej jednak z daleka od ‚centrum’.

Czytaj dalej

What’s in an academic name… po angielsku

–So, what’s your name?

–It’s Marta.

–Oh, Magda! I have a friend…

–No, that would be another popular Polish name. But mine is Marta.

–Manga? Well that sounds Japanese!

–No, actually it’s Marta. M-A-R-T-A

–Oh! Ma-ta!

–You know what? Just call me Martha.

Wpis o tłumaczeniu swojego imienia na język angielski… tym razem w wersji angielskiej wot here.

„Język angielski… nigdy go nie posiądę” (czyli jak nauczyć się języka obcego)

Baudouin1

Jan Baudouin de Courtenay – polski językoznawca i poliglota

W jednym z poprzednich postów, zatytułowanym „Jak zostać tłumaczką„, argumentowałam, że w profesji tłumacza najważniejsza jest znajomość języka docelowego (będącego na ogół ojczystym). Wciąż nalegam, że tak właśnie jest, ale wszak podstawy jakiejś obcej mowy też się przydadzą…. Choć nie przesadzajmy – w niedawnym wywiadzie angielska tłumaczka Szymborskiej twierdziła, że wstydziła się spotkać z autorką, by nie wyszło jak niezdarnie mówi po polsku (tłumaczka, nie Szymborska!)

Dzięki internetowi wciąż docierają do mnie informacje o rozmaitych „hackerach językowych”, co to posiedli kilkanaście lub kilkadziesiąt języków, niekiedy nie będąc nawet przy tym ekscentrycznymi umysłowo jednostkami w rodzaju Rainmana. Umiejętności Zygmunta Broniarka i Stanisława Barańczaka w tym kontekście nie wydają się aż takim nad-ludzkim dokonaniem, a co dopiero moje skromne talenta…

A jednak, tłumaczyłam już na polski z czterech języków, coś tam potrafię wystękać w jeszcze jednym, a kolejnych dwóch uczyłam się dość pilnie, a że nie odbyłam w nich żadnej konwersacji, to głównie dlatego, że pozostają martwymi.

Zgromadziłam więc nieco doświadczenia co do tego, jak uczyć się języków, a jak stanowczo się ich nie uczyć. Dziś, z odległości setek godzin mniej lub bardziej owocnej nauki, dzielę się podpowiedziami.

Czytaj dalej

Gender atakuje w Birmingham? Przekłam dziennikarski

Otrzymałam niedawno od znajomego mail o alarmującym tytule „Upadek cywilizacji w Birmingham” i linkiem do artykułu na stronie internetowej RP. Kliknęłam, aby wiedzieć jakie to niebezpieczeństwa czyhają na mnie, bo właśnie w owym mieście się znajdowałam. Oczywiście chodziło o kolejny atak potwora Dżender.

Tym razem, jak informował Jarosław Giziński, zmaterializował się on pod postacią „Karykatury brytyjskiej rodziny wyniesionej na piedestał” – pomnika przedstawiającego dwójkę dzieci, dwie kobiety (jedną w ciąży), noszącego skandaliczny tytuł „Real Birmingham Family”.

Czytaj dalej

Robić anioły, robić diabły… siebie robić

Zaintrygował mnie ostatnio wiersz z kinowego filmu „Words and pictures” (na polski tytuł przełożono zgrabnie, acz według mnie nieco zbyt słodko jako „Wypisz, wymaluj miłość”). Zgodnie ze scenariuszem centralny utwór jest dziełem podstarzałego poety przeżywającego writer’s block (choć nie do końca, ale nie będę spoilować). Czyta go na głos Juliette Binoche, malarka nieprzekonana do wartości słów, a młodzi uczestnicy pojedynku słowa vs. obrazy malują do niego ilustracje. Na koniec pojawia się jeszcze w formie piosenki, lecącej jako podkład pod napisy.

Wiersz ujął mnie do tego stopnia, że postanowiłam go przełożyć na polski.

Czytaj dalej