Czy brać zlecenia za darmo (oraz dlaczego nie)

To będzie historia jakich w życiu tłumaczki wiele.
Historia o jakże ekscytującej ofercie współpracy…
…za darmo.

Czytaj dalej

Reklamy

Najtrudniej powiedzieć rzeczy najprostsze…

Wiele osób uczących się języków obcych miało to doświadczenie: wydaje nam się, że znamy dany język na wysokim poziomie, jesteśmy w stanie czytać, wiele zrozumieć, wypowiedzieć się na trudne nieraz tematy, może nawet zaczynamy tłumaczyć i nagle… Próbujemy powiedzieć coś bardzo prostego, niemal banalnego i brakuje nam słów. Często właśnie codzienne wyrażenia w rodzaju „daj spokój”, „szkoda czasu”, „głowa do góry” itd. sprawiają większą trudność niż wielozdaniowa wypowiedź o kondycji polityki. O ile dyskurs naukowy ma swoją strukturę, która często jest identyczna w wielu językach, o tyle te niewielkie powiedzonka rządą się swoimi prawami: często są to idiomy, lub utarte powiedzenia, które, jeśli dobrze się zastanowić, bywają wręcz agramatyczne.

A oto przykład. Znajomy Francuz, który uczy się polskiego (tak! coraz więcej cudzoziemców podejmuje się tego karkołomnego zadania) po ostatnim przegranym przez Polskę meczu wysłał mi smsa o treści: jestem teraz smutny dla Polski. Ewidentnie jest to błąd i kalka z j. francuskiego (je suis triste pour la Pologne). Ale jak go poprawić? Powiedzielibyśmy: jest mi smutno z powodu Polski, a właściwie: jest mi smutno z powodu przegranej Polski. To długaśne wyrażenie, wraz z objaśnieniem uroczej dwuznaczoności zawartej w ostatnich dwóch słowach (przegana Polski – przegrana Polska) nie zmieściłoby się ani w smsie ani w pojęciu nawet nieprzeciętnie uzdolnionego językowo Francuza. Stąd, po krótkim namyśle, potwierdziłam, że zdanie jest poprawne (à peu près). Liczy się przede wszystkim intencja i komunikacja, czyż nie?

Przypowieść o filozofie i garnku

Dziś nie o przekładzie, ale o przykładzie.

„Co będziesz robić po filozofii?” – to pytanie jest zmorą wszystkich ludzi studiujących ten kierunek. Z początku próbujemy jeszcze udzielać jakichś odpowiedzi, które satysfakcjonowałyby stroskanych o naszą przyszłość rozmówców, za stroną internetową wydziału wymieniamy dziedziny, w których możemy się sprawdzić i umiejętności, które nabyliśmy. Podajemy przykłady absolwentów filozofii, którzy osiągnęli sukces (materialny – bo przecież o tym myśli większośc osób zadających powyższe pytanie). Potem nam się odechciewa: odpowiadamy żartem albo kończymy rozmowę. Zadawanie tak banalnego pytania i tak skreśla rozmówcę w oczach adepta filozofii, więc po co kontynuować tę mękę (pytający wysila się żeby ukryć litość, filozof tej litości nie potrzebuje, ale nie chce mu się już tego po raz kolejny tłumaczyć).

Ostatnio byłam w podobnej sytuacji. Ja- filozof, rozmówca – młody filmowiec. Wytłumaczyłam mu jakie uczucie budzi u absolwentów najlepszego z kierunków zadane przez niego pytanie, a on opowiedział mi wspaniałą opowieść z dzieciństwa (fakt autentyczny, jak to mówią).

Przypowieść o filozofie i garnku

Podczas zajęć w podstawówce pewien chłopiec zadawał za dużo pytań, co niekiedy stawiało nauczycielkę w kłopotliwej sytuacji (szczególnie wtedy, gdy nie mogła znaleźć na te pytania satysfakcjonującej odpowiedzi). W końcu powiedziała do chłopca: „przestań tyle myśleć, bo zostaniesz filozofem i nie będziesz miał co do garnka włożyć”. Na to on odpowiedział: „proszę tak nie mówić, mój tata jest filozofem”.

Mam wrażenie, że profesja taty nie pozostała bez wpływu na postawę tego chłopca. Mało które dziecko jest w stanie przeciwstawić się autorytetowi, jakim jest w tym wieku nauczycielka. To może nie najważniejszy powód, żeby studiować filozofię, ale według mnie istotny: żeby mieć co odpowiedzieć dzieciom, kiedy zadają trudne pytania.

Użyj słownik elektroniczny (dla podróży zagranicznej)

Wracając dziś z polowania na książkowe nowości zobaczyliśmy z P. fantastyczną reklamę. Zaintrygowała mnie w kontekście profesjonalnym, zachęcała mianowicie do kupna elektronicznego słownika. Urządzenie to zastępuje znajomość języków obcych. Hasło reklamowe, umieszczone obok dość wstrętnego wizerunku mężczyzny o suwakowych ustach, głosi: „Nie mówisz po angielsku? Mów po polsku!” Prosta i genialna rada, od lat stosowana intuicyjnie przez naszych rodaków, wyznających zasadę, że wystarczy powiedzieć coś głośno, powoli i wyrażnie po polsku, by zrozumiał to tak Węgier jak Rumun i Grek. Teraz jednak elektroniczy słownik dodatkowo przetłumaczy wypowiedź na nowe esperanto zwane inglisz.

Po dokładniejszym zbadaniu baneru reklamowego naszły mnie jednak wątpliwości co do jakości owego tłumaczenia. Czyżby reklamę przełożono z jakiejś obcej mowy przy pomocy reklamowanego gadżetu? Hasło w żółtym dymku głosi „Użyj słownik elektroniczy”. Lista zastosowań obejmuje „dla podróży zagranicznej”, opis dumnie głosi, że urządzenie zawiera „przenośną Bibliotekę”. Wielka litera sygnalizuje zapewne szacunek do słowa pisanego. Szkoda, że nie znalazł on swojego zastosowania w redakcji i korekcie tekstu reklamowego. Poważnie, czy nie można było zapłacić kilkadziesiąt złotych za to, żeby tekst przejrzał jakiś polonista? Albo ktokolwiek władający polską mową?

Image

Piątkowy dowcip tłumaczeniowy

Z okazji piątku mały filologiczny żarcik. Ten obrazek już obiegł internet wywołując salwy śmiechu, zgorszenie a gdzieniegdzie zwyczajowe utyskiwanie na poziom głupoty tłumaczy tudzież polskich przewodników.

Pieprz, fuck

Niestety, okazało się, że to fałszywka.

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, prawda?

Ps. Założę się, że zamieszczenie zdjęcia z opisem „pieprz f*ck” znacznie podniesie popularność mojego bloga w wyszukiwarkach, więc jest to post z gatunku niebezinteresownych. Tym niemniej: enjoy.

Insidowy dowcip tłumaczy (metadowcip)

Pierwsza prawda, jaką sprzedają nam na translatoriach, wykładach z translatoryki itd. brzmi: przekłada się nie język na drugi język, ale jedną rzeczywistość na drugą.

Ale co, kiedy jest nieprzetłumaczalne?

Sytuacja: tłumaczysz symultanicznie z j. francuskiego na polski, pada żart, który jest zakorzeniony w kulturze lub w języku (muszę pomyśleć o przykładzie) a ty absolutnie nie wiesz jak go przetłumaczyć. A na pewno nie w 5-10 sekund. Co robisz?

Odpowiedź: Szanowni Państwo, ten Pan opowiedział b. śmieszny dowcip, więc kiedy skończę mówić, proszę się uśmiechnąć i bić brawo.

Czasami jednak, zdarzają się ludzie, którzy mają dar dowcipu. I to też jest talent tłumacza.

Znany jest przykład z rzodkiewką i krewetką, brawurowo rozegrany przez tłumacza polityków, Witolda Skowrońskiego:

Sytuacja, w której byłem zmuszony zmienić treść wypowiedzi tak, aby zachować jej sens, miała miejsce podczas wizyty Lecha Wałęsy w Japonii. Tam ratowałem prezydentowi pointę anegdoty. Lech Wałęsa podczas spotkania stwierdził, że polscy komuniści byli jak rzodkiewki. Czerwoni na zewnątrz i biali w środku. Wiedziałem, że prezydent chciał tą wypowiedzią rozbawić słuchaczy. Nie wiedział tylko, że w Japonii rzodkiewki są białe nie tylko w środku, ale i na zewnątrz, i jego porównanie będzie niezrozumiałe. Miałem dwie sekundy, żeby podać symbol czytelny dla Japończyków. Polskich komunistów porównałem do krewetek. Lechowi Wałęsie o całej sytuacji opowiedziałem dopiero podczas posiłku – wspomina Skowroński. 

Źródło: OZON 20 lipca 2006