Facebook chce znać moje ‚prawdziwe’ imię… a ja mówię ‚stop’

Ten blog połączony jest z fanpagem ‚Przekłam Literacki‚ na Facebooku, śledzonym przez prawie 400 osób. Ale być może już niedługo… Jakiś czas temu zauważyłam, że wpisy z bloga nie pojawiają się automatycznie na Facebooku, a gdy chciałam sprawdzić przyczynę, okazało się, że Facebook zablokował moje konto, gdyż moje nazwisko zostało przez kogoś zgłoszone jako nieprawdziwe (thanks a lot, bastard). Żeby je odblokować, musiałabym przesłać Facebookowi dokumenty potwierdzające, że jestem ‚sobą’ (lecz któż naprawdę jest ‚sobą?’ pyta mój wewnętrzny filozof)

Dlaczego tego nie mam zamiaru przesyłać swoich dokumentów? I co pocznę bez Facebooka? Czy poza Facebookiem istnieje świat?

Czytaj dalej

Reklamy

Do kogo należą (akademickie) słowa? Trzy anegdoty.

Kiedyś na studiach licencjackich wykładowczyni odmówiła mi zaliczenia pracy rocznej, gdyż uznała, że jest splagiatowana. Gdy spytałam, dlaczego tak uważa (ze zdziwieniem – bo tekst był w 100% mój) odparła, że oczekiwała ode mnie czegoś więcej, a esej jest na zbyt niskim poziomie. Byłam trochę połechtana („po mnie można spodziewać się czegoś więcej!”), trochę zdezorientowana („ale czy mogę być lepsza od samej siebie? w końcu dopiero co skończyłam pisać ten tekst, a trudno, żebym w kilka tygodni wskoczyła na wyższy poziom akademickiej refleksji”), wykończona („czy nie mogłaby pani po prosu ocenić tekstu, jakby pochodził od kogoś  innego i zaliczyć go, nawet na niższą ocenę?”) i przerażenia („jeśli ta praca nie zostanie zaliczona, nie zmieszczę się w terminie, by złożyć podanie o stypendium – moje główne źródło utrzymania!”).

Czytaj dalej

„Ameryka – mówi do mnie . Zrozumiałem.” Anegdota o tłumaczeniu z „amerykańskiego” na nasze.

Nauka najszybciej rozwija się w centrum – tam gdzie są duże ośrodki naukowe oraz inwestycje w badania i publikacje. Peryferiom pozostaje tylko obserwować, nadrabiać zaległości i kopiować już istniejące rozwiązania. Czy aby na pewno? I czy rozwiązania, które sprawdzają się w centrum, znajdą zastosowanie z dala od niego?

Dzisiejszy wpis dotyczący przekładania podręczników akademickich, a inspirowany jest obserwacjami SW (zbieżność inicjałów nazwiska nieprzypadkowa), który prowadzi zajęcia z marketingu w dobrej szkole biznesowej, położonej jednak z daleka od ‚centrum’.

Czytaj dalej

What’s in an academic name… po angielsku

–So, what’s your name?

–It’s Marta.

–Oh, Magda! I have a friend…

–No, that would be another popular Polish name. But mine is Marta.

–Manga? Well that sounds Japanese!

–No, actually it’s Marta. M-A-R-T-A

–Oh! Ma-ta!

–You know what? Just call me Martha.

Wpis o tłumaczeniu swojego imienia na język angielski… tym razem w wersji angielskiej wot here.

Czy i jak tłumaczyć swoje imię na język obcy – by Martha Wr Blewska

Cóż może być człowiekowi bliższego niż własne, słyszane co dzień po wielokroć, imię? Dziwnie sobie wyobrazić, że nagle, z dnia na dzień, zostaje nam przypisane całkiem inne (choć w przypadku nazwisk, połowa populacji zmienia je po ślubie – barbarzyński zwyczaj!). Jeśli chodzi zaś o imię, najczęściej mierzymy się z koniecznością jego „przetłumaczenia” podczas kontaktu z obcokrajowcami, szczególnie na obcej ziemi, gdzie nie każdy chce epatować polszczyzną w wydaniu szeleszcząco-zgrzytliwo-niewymownym. Co więc mają począć na obczyźnie Bożydarowie, Mirosławowie, Bożeny, Marzeny, nie mówiąc o Szczepanach? Poniżej trzy strategie do wyboru opatrzone roboczymi tytułami 1.Martha, 2. Marta, 3. Manatu i zilustrowane anegdotami z życia wziętymi.

Czytaj dalej

Najtrudniej powiedzieć rzeczy najprostsze…

Wiele osób uczących się języków obcych miało to doświadczenie: wydaje nam się, że znamy dany język na wysokim poziomie, jesteśmy w stanie czytać, wiele zrozumieć, wypowiedzieć się na trudne nieraz tematy, może nawet zaczynamy tłumaczyć i nagle… Próbujemy powiedzieć coś bardzo prostego, niemal banalnego i brakuje nam słów. Często właśnie codzienne wyrażenia w rodzaju „daj spokój”, „szkoda czasu”, „głowa do góry” itd. sprawiają większą trudność niż wielozdaniowa wypowiedź o kondycji polityki. O ile dyskurs naukowy ma swoją strukturę, która często jest identyczna w wielu językach, o tyle te niewielkie powiedzonka rządą się swoimi prawami: często są to idiomy, lub utarte powiedzenia, które, jeśli dobrze się zastanowić, bywają wręcz agramatyczne.

A oto przykład. Znajomy Francuz, który uczy się polskiego (tak! coraz więcej cudzoziemców podejmuje się tego karkołomnego zadania) po ostatnim przegranym przez Polskę meczu wysłał mi smsa o treści: jestem teraz smutny dla Polski. Ewidentnie jest to błąd i kalka z j. francuskiego (je suis triste pour la Pologne). Ale jak go poprawić? Powiedzielibyśmy: jest mi smutno z powodu Polski, a właściwie: jest mi smutno z powodu przegranej Polski. To długaśne wyrażenie, wraz z objaśnieniem uroczej dwuznaczoności zawartej w ostatnich dwóch słowach (przegana Polski – przegrana Polska) nie zmieściłoby się ani w smsie ani w pojęciu nawet nieprzeciętnie uzdolnionego językowo Francuza. Stąd, po krótkim namyśle, potwierdziłam, że zdanie jest poprawne (à peu près). Liczy się przede wszystkim intencja i komunikacja, czyż nie?

O melancholii, przemijaniu i języku francuskim

Ostatnio zadumałam się nad dość banalnym zdankiem, które przyszło mi tłumaczyć z języka francuskiego.

J’aurais bien aimé etre footballeur.

Początkowo przetłumaczyłam je po prostu jako „chciałbym być piłkarzem”. Potem jednak stało się jasne, że zdanie mówi osoba już w słusznym wieku (a więc powyżej 30 lat) kiedy o zostaniu piłkarzem nie ma już mowy. Siłą rzeczy musiałam zmienić zdanie na „kiedyś chciałem być piłkarzem”. I zadumałam się nad faktem, że w j. francuskim tryb przypuszczający, używany do mówienia o zamiarach, planach i marzeniach (chciałbym, wolałbym, mógłbym) ma osobną formę w czasie przeszłym. Służy ona do mówienia o rzeczach, których, owszem, kiedyś chciałem, ale dziś już są niemożliwe do osiągnięcia. Dorosły Francuz nie może za bardzo wypowidzieć zdania „j’aimerais etre footballeur” nie narażając się na śmieszność… Polskie zdanie „chciałbym być piłkarzem/pisarzem/malarzem”, które można śmiało powtarzać przez całe życie, nie zawiera w sobie tej rezygnacji i świadomości przemijania, co „J’aurais bien aimé” – byłbym chciał kiedyś, ale to było minęło, zostało tylko wspomnienie….

Ot eschatologiczny wymiar pracy tłumacza.