Do kogo należą (akademickie) słowa? Trzy anegdoty.

Kiedyś na studiach licencjackich wykładowczyni odmówiła mi zaliczenia pracy rocznej, gdyż uznała, że jest splagiatowana. Gdy spytałam, dlaczego tak uważa (ze zdziwieniem – bo tekst był w 100% mój) odparła, że oczekiwała ode mnie czegoś więcej, a esej jest na zbyt niskim poziomie. Byłam trochę połechtana („po mnie można spodziewać się czegoś więcej!”), trochę zdezorientowana („ale czy mogę być lepsza od samej siebie? w końcu dopiero co skończyłam pisać ten tekst, a trudno, żebym w kilka tygodni wskoczyła na wyższy poziom akademickiej refleksji”), wykończona („czy nie mogłaby pani po prosu ocenić tekstu, jakby pochodził od kogoś  innego i zaliczyć go, nawet na niższą ocenę?”) i przerażenia („jeśli ta praca nie zostanie zaliczona, nie zmieszczę się w terminie, by złożyć podanie o stypendium – moje główne źródło utrzymania!”).

Czytaj dalej

Reklamy

What’s in an academic name… po angielsku

–So, what’s your name?

–It’s Marta.

–Oh, Magda! I have a friend…

–No, that would be another popular Polish name. But mine is Marta.

–Manga? Well that sounds Japanese!

–No, actually it’s Marta. M-A-R-T-A

–Oh! Ma-ta!

–You know what? Just call me Martha.

Wpis o tłumaczeniu swojego imienia na język angielski… tym razem w wersji angielskiej wot here.

Czy i jak tłumaczyć swoje imię na język obcy – by Martha Wr Blewska

Cóż może być człowiekowi bliższego niż własne, słyszane co dzień po wielokroć, imię? Dziwnie sobie wyobrazić, że nagle, z dnia na dzień, zostaje nam przypisane całkiem inne (choć w przypadku nazwisk, połowa populacji zmienia je po ślubie – barbarzyński zwyczaj!). Jeśli chodzi zaś o imię, najczęściej mierzymy się z koniecznością jego „przetłumaczenia” podczas kontaktu z obcokrajowcami, szczególnie na obcej ziemi, gdzie nie każdy chce epatować polszczyzną w wydaniu szeleszcząco-zgrzytliwo-niewymownym. Co więc mają począć na obczyźnie Bożydarowie, Mirosławowie, Bożeny, Marzeny, nie mówiąc o Szczepanach? Poniżej trzy strategie do wyboru opatrzone roboczymi tytułami 1.Martha, 2. Marta, 3. Manatu i zilustrowane anegdotami z życia wziętymi.

Czytaj dalej

Plateau, czyli językowa mielizna – we współpracy z „Jednym Słowem”

Kiedy słyszę „plateau”, myślę „łóżko” – wyraźnie za dużo natłumaczyłam się romansów!

Geografowie (ci francuskojęzyczni) pomyślą pewnie „płaskowyż”.

Natomiast autorka dzisiejszego wpisu, Hanna Szulczewska używa metafory „plateau” do opisania punktu „zawieszenia” w nauce języka. Ach znamy, to znamy. Ja przykładowo mam wrażenie, że nigdy nie wyjdę poza fazę „plateau” z moim mówionym językiem francuskim.

Czy, tak jak statek ze zdjęcia, muszę czekać na „wysoką wodę” która zniesie mnie z tej mielizny? Czy może warto próbować się samej „rozkołysać”?

Co poradzi ekspertka?

Czytaj dalej

„Język angielski… nigdy go nie posiądę” (czyli jak nauczyć się języka obcego)

Baudouin1

Jan Baudouin de Courtenay – polski językoznawca i poliglota

W jednym z poprzednich postów, zatytułowanym „Jak zostać tłumaczką„, argumentowałam, że w profesji tłumacza najważniejsza jest znajomość języka docelowego (będącego na ogół ojczystym). Wciąż nalegam, że tak właśnie jest, ale wszak podstawy jakiejś obcej mowy też się przydadzą…. Choć nie przesadzajmy – w niedawnym wywiadzie angielska tłumaczka Szymborskiej twierdziła, że wstydziła się spotkać z autorką, by nie wyszło jak niezdarnie mówi po polsku (tłumaczka, nie Szymborska!)

Dzięki internetowi wciąż docierają do mnie informacje o rozmaitych „hackerach językowych”, co to posiedli kilkanaście lub kilkadziesiąt języków, niekiedy nie będąc nawet przy tym ekscentrycznymi umysłowo jednostkami w rodzaju Rainmana. Umiejętności Zygmunta Broniarka i Stanisława Barańczaka w tym kontekście nie wydają się aż takim nad-ludzkim dokonaniem, a co dopiero moje skromne talenta…

A jednak, tłumaczyłam już na polski z czterech języków, coś tam potrafię wystękać w jeszcze jednym, a kolejnych dwóch uczyłam się dość pilnie, a że nie odbyłam w nich żadnej konwersacji, to głównie dlatego, że pozostają martwymi.

Zgromadziłam więc nieco doświadczenia co do tego, jak uczyć się języków, a jak stanowczo się ich nie uczyć. Dziś, z odległości setek godzin mniej lub bardziej owocnej nauki, dzielę się podpowiedziami.

Czytaj dalej

O melancholii, przemijaniu i języku francuskim

Ostatnio zadumałam się nad dość banalnym zdankiem, które przyszło mi tłumaczyć z języka francuskiego.

J’aurais bien aimé etre footballeur.

Początkowo przetłumaczyłam je po prostu jako „chciałbym być piłkarzem”. Potem jednak stało się jasne, że zdanie mówi osoba już w słusznym wieku (a więc powyżej 30 lat) kiedy o zostaniu piłkarzem nie ma już mowy. Siłą rzeczy musiałam zmienić zdanie na „kiedyś chciałem być piłkarzem”. I zadumałam się nad faktem, że w j. francuskim tryb przypuszczający, używany do mówienia o zamiarach, planach i marzeniach (chciałbym, wolałbym, mógłbym) ma osobną formę w czasie przeszłym. Służy ona do mówienia o rzeczach, których, owszem, kiedyś chciałem, ale dziś już są niemożliwe do osiągnięcia. Dorosły Francuz nie może za bardzo wypowidzieć zdania „j’aimerais etre footballeur” nie narażając się na śmieszność… Polskie zdanie „chciałbym być piłkarzem/pisarzem/malarzem”, które można śmiało powtarzać przez całe życie, nie zawiera w sobie tej rezygnacji i świadomości przemijania, co „J’aurais bien aimé” – byłbym chciał kiedyś, ale to było minęło, zostało tylko wspomnienie….

Ot eschatologiczny wymiar pracy tłumacza.

Języki prywatne w związkach

Czytałam ostatnio tekst (wybiór zdań z wywiadów, właściwie trudno określić formę – postmodernizm) dotyczący małżeństw polsko-nigeryjskich (w: Marta Konarzewska, „Zakazane miłości” – nawyk zawodowy). Uderzyło mnie zdanie jednej z Polek, żony Nigeryjczyka, że małżeństwa mieszane, międzykulturowe, międzyjęzykowe, a raczej, jak się okazuje bezjęzykowe, często posługują się między sobą specyficznym idiomem. Ponieważ Afrykanom jest trudno nauczyć się polskiego, zwykle kończy się na tym, że rozmawiają z żonami po angielsku. Problem polega na tym, że jest to specyficzny angielski, często nieco niegramatyczny, albo alter-gramatyczny a w każdym razie inny niż ten, którego wymaga się na egzaminach British Council. Do tego dochodzą specyficzne słówka polskie na nazwanie tutejszej rzeczywistości: pierogi, odśnieżarka, kac – takie przykłady mi przyszły do głowy. W ten sposób powstaje pewien dialekt między dwoma osobami, czasem wręcz niezrozumiały dla innych. A więc mikrojęzyk?

Właściwie wszystkie pary mają swoję idiomy, podobnie grupy przyjaciół, rodziny… Ostatnio miałam z Najlepszym z Filologów taką rozkminę filologiczną:

Ja: (zaspana): a właściwie jak jest po włosku bonhomme?

On: Pupazzo?

Ja: Co?

On: Bonhomme de neige?

Smiałam się prawie do bólu brzucha, a chyba większość osób by nie zrozumiała w czym tkwi dowcip…

I jeszcze ta myśl: że może do stworzenia języka, dialektu, idiomu wystarczy jedna osoba, że każdy z nas ma swój własny „słownik finalny” i nie jesteśmy do końca w stanie się nawzajem zrozumieć? Jak w bibliotece Borgesa. Ależ  dziś ze mnie liberalna ironistka 🙂

A jeśli każdy z nas mówi swoim językiem, to znaczy że tłumaczeniom nie ma końca… Przekład za przekładem, symultanki, konsekutywki, a vista i te techniczne, bo z czegoś przecież trzeba żyć.