Do kogo należą (akademickie) słowa? Trzy anegdoty.

Kiedyś na studiach licencjackich wykładowczyni odmówiła mi zaliczenia pracy rocznej, gdyż uznała, że jest splagiatowana. Gdy spytałam, dlaczego tak uważa (ze zdziwieniem – bo tekst był w 100% mój) odparła, że oczekiwała ode mnie czegoś więcej, a esej jest na zbyt niskim poziomie. Byłam trochę połechtana („po mnie można spodziewać się czegoś więcej!”), trochę zdezorientowana („ale czy mogę być lepsza od samej siebie? w końcu dopiero co skończyłam pisać ten tekst, a trudno, żebym w kilka tygodni wskoczyła na wyższy poziom akademickiej refleksji”), wykończona („czy nie mogłaby pani po prosu ocenić tekstu, jakby pochodził od kogoś  innego i zaliczyć go, nawet na niższą ocenę?”) i przerażenia („jeśli ta praca nie zostanie zaliczona, nie zmieszczę się w terminie, by złożyć podanie o stypendium – moje główne źródło utrzymania!”).

Na strachu się skończyło, i dawno już wyparłam ten niemiły akademicki epizod z pamięci… Przypomniał mi się jednak dzisiaj, po lekturze wpisu pewnej studentki, której pracę uznano za plagiat, gdyż była „zbyt dobra”, autorka m.in. używała trudnych akademickich słów. Wykładowca zakreślił w jej eseju wyraz „hence” („zatem”) i dodał komentarz „ten wyraz nie jest twój!”. Studentka uznała, że odnosi się w tym komentarzu do jej nie-anglosaskiego pochodzenia i sugeruje, że wysoki rejestr akademicki jest dla niej niedostępny.

Polecam wpis Tiffany Martinez (po angielsku) i dyskusję, która pod nim rozgorzała : pokazują one, jak istotne dla ludzi (i często polaryzujące!) potrafią być sprawy języka i związanego z nim wykluczenia.

W tym kontekście przypomniała mi się jeszcze jedna sytuacja. Parę miesięcy temu jechałam pociągiem na trasie Wrocław-Warszawa. Jednym z współpasażerów był chłopak, którego szybko nazwałam w myślach „egzaltowanym młodym człowiekiem”. Rozedrganym od emocji (i bardzo donośnym) głosem relacjonował koleżance swoje wrażenia z festiwalu filmowego, z którego ewidentnie wracali. Mówił wielokrotnie złożonymi zdaniami, napakowanymi słowami takimi jak „egzystencjalizm”, „przemoc symboliczna”, „postmoderna”, „performatyw”, „nowofalowy”, „subwersywny”, „dyskursywny” etc. Do tego, w kluczowych momentach, zapewne jako przeciwwagę dla tego akademickiego żargonu, wtrącał dość plugawe przekleństwa.

Choć do końca podróży nie zobaczyłam jego postaci, bardzo szybko pojawiło mi się wyobrażenie jego osoby: zapewne student pierwszych lat kulturoznawstwa, upajający się urokami akademickiego słownictwa, a jednocześnie kultywujący hłaskowski wizerunek artysty/intelektualisty egzystującego na obrzeżu oficjalnego obiegu sztuki, spoglądającego krytycznym/ironicznym okiem na reakcyjny mainstream. Jednym słowem – parodia.   Zapewne podobne myśli chodziły po głowie innym pasażerom, gdyż w połowie podróży zaczęliśmy wymieniać porozumiewawcze uśmieszki, a wjeżdżając do Warszawy nie byliśmy już w stanie powstrzymać się przed małymi wybuchami śmiechu po kolejnych „enuncjacjach” młodzieńca.

Ale właściwie dlaczego? I czy nasze porozumiewawcze, być może nieco protekcjonalne uśmieszki nie były swego rodzaju „przemocą symboliczną” wobec „egzaltowanego młodzieńca”? W końcu niewątpliwie cechowały go inteligencja i oczytanie, a jego jedynym grzechem było nieumiarkowanie w obnoszeniu się pompatycznym słownictwem w tak przyziemnym kontekście, jakim jest podróż pociągiem. Czy nasz śmiech nie wynikał przypadkiem z przekonania, że słowa, którymi epatuje nas młodzieniec „nie należą do niego” (ani do tej przestrzeni)? Być może jego zapał we wprowadzaniu tych słów w użytek, „wzięcia ich w posiadanie” i noszenia jak odznaki, paradoksalnie sprawiał, że wydawały się one tym bardziej przesadzone i nieadekwatne. Zapewne pewną rolę odegrał jego wiek i (domniemana) pozycja – inaczej brzmiałyby te same słowa wypowiedziane np. przez uznanego krytyka filmowego pod pięćdziesiątkę. Zapewne też wywołałyby w nas rozbawienie, ale raczej na zasadzie dystansu wobec obnoszenia się z już zdobytą pozycją, która przeistoczyła się w rodzaj społecznej maski, której nie da się ściągnąć nawet na czas podróży. W przypadku młodzieńca komizm wynikał z usilnych prób przywdzianie „cudzego” kostiumu, odziedziczonego po intelektualnych idolach.

Jakby nie było, warto pamiętać, że uniwersytet to nie przedział pociągu. Podobnie, podśmiewanie się z współpasażera, a krytyczna ocena studenta ze strony wykładowcy to dwie różne rzeczy. Choć w kontekście akademickim wiele zasadza się na słowach, i często też słowa krytykujemy, trzeba pamiętać by skupić się na ideach i tekstach, a nie krytykować samej osoby ze względu na jej wiek, pochodzenie czy stopień (nie)obycia z akademickim żargonem.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Do kogo należą (akademickie) słowa? Trzy anegdoty.

  1. Reblogged this on 10xdialog and commented:
    To paradoks, ale skuteczność komunikacji zależy także od umiejętności dostosowania poziomu wypowiedzi do oczekiwań odbiorcy. Smutny paradoks, bo niekiedy mówiąc do kogoś trzeba świadomie używać języka uproszczonego. W warstwie werbalnej jest to jeszcze do przeżycia, ale gdy trzeba niekiedy przed wykładowcą przywdziać maskę głuptaska, bo nie każdy z nich może zaakceptować że student ma np. w jakimś zakresie szerszą wiedzę, lub trafniej diagnozuje sytuację. Wiarygodne odgrywanie roli tego, kim chcą cię widzieć to ważna część „Poradnika młodego naukowca”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s